Wspomnienia z mojego pierwszego rejsu morskiego

Relacja uczestników,  ze swojego pierwszego rejsu morskiego, który się odbył  w terminie  od 28 do 31 lipca 2017 roku, współfinansowany był  przez Gminę Łomianki w ramach projektu Szkoła Żeglarstwa.

Relacja Mileny.

W dniach 28.07-31.07 kilka osób z naszej gminy popłynęło w rejs po Zatoce Gdańskiej. Był on zorganizowany przez Stowarzyszenie Jacht Klub Łomianki, w ramach realizacji  zadania  publicznego  Szkoła Żeglarstwa,  wspieranego finansowo przez Gminę Łomianki.

W poniedziałek 28 lipca wszyscy punktualnie stawili się na miejsce spotkania. W porcie w Górkach Zachodnich, obok Narodowego Centrum Żeglarstwa czekał na nas jedenastometrowy jacht o nazwie „Reset”, który przez najbliższe kilka dni miał stać się naszym domem.

Po zaokrętowaniu na jachcie poszliśmy  zwiedzić  jednostkę ratowniczą    SAR-u (z ang. Search and Rescue) Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa. Jego kapitan oprowadził nas po statku, opowiadał  o pracy ratowników na lądzie i w morzu,  sytuacjach których był świadkiem i odpowiadał  na nasze wszelkie pytania. Dowiedzieliśmy się w jaki sposób ratownicy niosą pomoc potrzebującym na morzu, zarówno podczas bezchmurnego nieba jak i sztormu.

Nasz rejs zaczął się od szkolenia z bezpiecznego zachowania na jachcie. W trakcie tych zajęć uczyliśmy się jak korzystać z urządzeń jachtowych, ćwiczyliśmy węzły żeglarskie i ustaliśmy kto za co odpowiada w trakcie manewrów portowych..

Początkowo kapitan nie zdecydował się na wieczorne wypłynięcie  z portu. Powodem były nadchodzące ciemne chmury, zwiastujące zbliżającą się  burzę. Jednak po sprawdzeniu pogody  pojawiła się szansa na zmianę decyzji kapitana. Wszystkim nam bardzo zależało aby jak najszybciej wypłynąć z portu i pożeglować  w nocy. Na pytanie kapitana , czy komuś chce się jeszcze dzisiaj wypływać, wszyscy zgodnie powiedzieli „tak”. Nie było innej możliwości, jak tylko odcumować jacht i płynąć. Naszym portem docelowym miał być Hel. Wypłynęliśmy tuż przed wieczorem.

Żeglowanie nocą to najpiękniejsze przeżycie, które na długi czas zostaje w  pamięci. Nie widać nic oprócz oświetlonych miast i księżyca na niebie, odbijającego się w tafli wody. Tylko dzięki nim orientujesz się, gdzie płyniesz (chyba, że masz GPS-a, jak w naszym przypadku :)).

Na Hel dopłynęliśmy dopiero o 23:30. Nikomu nie chciało się spać, każdy miał w pamięci widok zachodzącego słońca na horyzoncie, które ujrzeliśmy kilka godzin temu. Później zaśpiewaliśmy jeszcze kilka szant (piosenek żeglarskich) przy akompaniamencie gitary. W końcu każdy poszedł spać, będąc entuzjastycznie nastawionym na przygody jutrzejszego dnia.

Drugiego dnia naszym celem było dopłynięcie do portu w Gdyni. Wypłynęliśmy z Helu około południa, pogoda była piękna i przez moment wydawało nam się, że jesteśmy na „ciepłym morzu” a nie na Bałtyku. Wiał słaby wiatr. Powoli płynęliśmy w kierunku Gdyni. Postanowiliśmy ten czas wykorzystać na   naukę   manewrowania jachtem na żaglach (  każdy kto chciał mógł poćwiczyć), oraz naukę   nawigacji –  np. jak dopłynąć z punktu  A do B, kiedy ma się pod ręką mapę,  kompas, ekierkę i ołówek.

Przed wpłynięciem do mariny w  Gdyni,  przez radio UKF ( podobne do CB w samochodzie), poprosiliśmy  o pozwolenie na wpłynięcie do portu. Jednak nie uzyskaliśmy zgody z powodu braku miejsca w porcie i trwających  przygotowań do zbliżających się  targów żeglarskich.  Postanowiliśmy zmienić kurs i popłynąć do mariny w Sopocie. W Sopocie trwały przygotowania do mających się odbyć regat ale  udało nam się znaleźć wolne miejsce.  Wieczorem wybraliśmy się na spacer po molo. Oczywiście wcześniej wykąpaliśmy się w morzu (trudno by było przepuścić taką okazje :)). Termometr pokazywał temperaturę powietrza  ponad 30 stopni Celsjusza.

Ostatniego dnia  mieliśmy dopłynąć do  mariny w  Gdańsku , która znajduje się  w centrum starego miasta, i tam przekazać jacht kolejnej załodze. Po drodze musieliśmy pokonać długi kanał, w którym cumowały statki z różnych stron świata: Niemiec, Francji, a nawet Chin,. Przepływanie obok tak wielkich statków to niesamowity widok. Uświadomiliśmy sobie jak na morzu może skończyć się kontakt naszego jedenastometrowego jachtu ze stumetrowym kolosem.

Udało nam się zacumować na ostatnim wolnym miejscu. Po południu ze smutkiem oddaliśmy jacht. Jednak zanim odjechaliśmy do domu poszliśmy na spacer po gdańskiej starówce, obok pomnika Neptuna pożegnaliśmy się z morzem i postanowiliśmy, że jeszcze tu wrócimy.

Każdy port był zupełni inny i każdy inaczej zapisał się w naszej pamięci: Hel bo ten pierwszy i wpływaliśmy do niego w nocy, Sopot- bo kultowe miejsce, a do tego ten żeglarski światek z powodu regat Sopot Match Race, Gdańsk, bo historyczne miejsce, bo salutowaliśmy banderą przed pomnikiem Westerplatte, bo przepływaliśmy na „wyciagnięcie ręki” obok statków handlowych, których tylko śruby napędowe były większe niż nasz cały jacht, bo od wejścia w główki portu do mariny jachtowej płynie się ponad godzinę.

Żeglowanie na morzu to zupełnie inne doświadczenie niż żegluga na Mazurach. Jest bardziej niebezpiecznie, przez co bardziej fascynująco i ekscytująco. Byliśmy  bardzo ambitną załogą dlatego mamy już kolejne pomysły na rejs w przyszłym roku (może dookoła świata? 🙂

Relacja Adama.

Na przełomie lipca i sierpnia Jachtklub Łomianki zorganizował rejs szkoleniowo-turystyczny po Zatoce Gdańskiej dla osób interesujących się żeglarstwem.

Szczęśliwym trafem okoliczności udało mi się być jednym z uczestników rejsu. Nie przypuszczałem nawet ,  że rejs okaże się być najfajniejsza przygodą tegorocznego urlopu.
Ponadto potwierdziła się stara i znana maksyma, że „co się źle zaczyna to się dobrze kończy…”

W  moim osobistym przypadku były to akurat komplikacje związane z dotarciem na miejsce-jako złe i rejs- jako to „coś” bardzo, bardzo dobrego.

Miejscem zbiórki i zaokrętowania uczestników były Górki Zachodnie przy Narodowym Centrum Sportu i Rekreacji na obrzeżach Gdańska.

Samo dotarcie tam dla osoby, która nigdy tam nie była wcześniej- mimo posiadanych dwóch nawigacji okazało się nie lada sztuką, gdyż w drodze  na miejsce zbiórki  załapało nas długotrwałe oberwanie chmury z gradem i deszczem, tak dużym że momentami nie było widać końcowej linii drogi. Nasze urządzenia nawigacyjne miały nie lada kłopot ze złapaniem „sygnału”.  Jakby tego było mało, ulewa spowodowała ogromne korki na trasie co dodatkowo wydłużyło nam czasowo drogę. Najciekawsze jednak było to, że ten opad był miejscowy, gdyż po tryumfalnym przybyciu na miejsce okazało się, że nad Mariną tylko mocno chmurzyło się, ale żadnych opadów nie było.

Po zapoznaniu się ze wszystkimi uczestniczkami i uczestnikami rejsu(towarzystwo mieszane, nie znające się wcześniej) omówieniu planu przebiegu rejsu oraz zapoznaniu się z wyposażeniem jachtem (wewnętrznym i  zewnętrznym), a także z bezpiecznymi zasadami rejsu doszło do momentu, kiedy musieliśmy się podzielić na wachty i ustalić kto za co będzie odpowiadał.  Teraz się zacznie….- pomyślałem (jak to zwykle bywa), jednakże ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, każdy był chętny by za coś odpowiadać.  Nikt nie protestował,  nawet nasz kapitan stwierdził, że jest pozytywnie zaskoczony tak szybkim obrotem sprawy.

Z informacji pogodowych otrzymanych z portu i ponownym sprawdzeniu ich (dla pewności)przez naszego kapitana , okazało się że o ile stan morza nie zapowiada większych  niespodzianek, to należy liczyć się z niewielkim przelotnym deszczem lub burzami. Biorąc głównie to pod uwagę ze względów bezpieczeństwa kapitan podjął decyzje  o pozostaniu w porcie do uzyskania następnego komunikatu meteo. Była to dla nas niemiła decyzja, gdyż wszyscy chcieli bardzo płynąć i przed większością z nas miał być to pierwszy tego typu rejs. Jednak decyzja kapitana była jasna i stanowcza i nikt nie myślał nawet by z nią w jakikolwiek sposób polemizować.

Nie było jednak czasu na „leniuchowanie” bo już po 15 minutach od tej decyzji byliśmy gośćmi na okręcie ratownictwa morskiego (SAR- Search and Rescue) stacjonującym w naszej Marinie, a jego kapitan wprowadzał  nas w  arkana pracy ratowników na lądzie i w morzu, opowiadał o sytuacjach których był świadkiem, odpowiadając przy tym wszystkim na nasze wszelkie pytania. Jednak chyba największe wrażenie wywarł na nas moment gdy będąc na łodzi uruchomione zostały jej silniki – wszystko zaczęło wibrować , okręt zaczął nami trząść i było tak głośno, że ciężko było rozmawiać bez specjalnych słuchawek będących na wyposażeniu jednostki.

Dzień później ten okręt mijał nas w trakcie naszego rejsu płynąc na ćwiczenia, które odbywały się tego dnia na Zatoce. Ilość piany pod dziobem oraz jego wynurzenie pokazywało w pełni  jaką mocą silników dysponuje taka łódź.

Po powrocie na nasz jacht, kapitan ponownie dokonał sprawdzenia pogody i chyba w tym momencie objawił się po raz pierwszy nasz fart, gdyż zapowiedzi poprawiły się na tyle iż kapitan dopuszczał wyjście w morze. Jednak nie był pewien czy będziemy chcieli i tu zaskoczyliśmy go ponownie gdyż wszyscy zgodnie stwierdzili, że wypływamy koniecznie.

Jako nasz cel rejsu wyznaczyliśmy port na Helu, jakież było moje zdziwienie kiedy dowiedzieliśmy się, że powinniśmy tam dotrzeć po około  trzech czterech godzinach rejsu.  Pomyślałem, przecież to zaledwie po drugiej stronie zatoki ?.

Choć może nie jest to najlepsze porównanie, to chyba właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo różni się planowanie przebiegu trasy i czasu jej pokonania w żeglarstwie od jazdy autem, która jest mi znana na co dzień. To dwa różne światy i myślę, że już ten pierwszy rejs na Hel uzmysłowił to nam wszystkim.

Po wypłynięciu z Górek obraliśmy kurs na Hel i szczęśliwie nie musieliśmy nanosić większych korekt ,aż do portu docelowego. Rejs przebiegał spokojnie, załoganci coraz bardziej się ze sobą oswajali, robiąc się pryz tym coraz bardziej rozmownymi i opowiadając o swoich dotychczasowych doświadczeniach żeglarskich. W międzyczasie mijaliśmy  boje na torze podejściowym do portów dla pełnomorskich statków, dryfującą piłkę (którą za późno zauważyliśmy i niestety nie zdążyliśmy jej wyłowić) i oczywiście inne jachty  oraz  statki stojące na redzie i oczekujące na zgodę wejścia do portu.

Słońce było już bardzo nisko nad linia wody, robiło się coraz ciemniej i dopiero teraz widoki oświetlonych miast, statków, bojek naprowadzających  do portu zapierały nam dech w piersiach. Życzę wszystkim by choć raz byli świadkami takiego widoku. Próbuję sobie tylko wyobrazić jak musi wyglądać w takim momencie wybrzeże Grecji czy Chorwacji, skoro tak urzekł mnie widok akwenu Zatoki Gdańskiej.  Jakby tych wszystkich świateł było mało, w oddali zauważyliśmy „coś” co świeciło jak choinka  i zdecydowanie wyróżniało się na tle wszystkich dotychczas widzianych przez nas świateł.

Im było bliżej, tym bardziej dawało rozróżnić się magię i różne odcienie różnych świateł, gdyż wcześniej, wszystko to  było  tylko jednym blaskiem. Do dziś nie jestem pewien, ale wydaje mi się że był to wycieczkowiec?

W miarę zbliżania się do celu naszej wieczornej wyprawy , kapitan wyjaśniał zainteresowanym wstępne zasady żeglowania nocą oraz tłumaczył znaczenie poszczególnych świateł i sposobu ich ułożenia. Dzięki, którym  żeglarz może odczytać wiele informacji dotyczących zarówno zasad wejścia do danego portu jak i odczytania ewentualnych niebezpieczeństw związanych z żeglugą po danym akwenie.

Ciekawym doświadczeniem dla mnie było także zgłoszenie zamiaru wejścia do portu przez pokładowe radio- coś na zasadzie CB w samochodzie.

Po zacumowaniu do brzegu i szybkiej toalecie w portowej marinie, był wreszcie czas dla nas. Wykorzystaliśmy go na rozmowy ogólne oraz podsumowanie przekazanych przez naszego kapitana wszystkich informacji  z tej części rejsu. Znalazła się także chwila czasu i sił na wspólne odśpiewanie kilku ogólnie znanych szant. Jednakże ostatecznie zmęczenie fizyczne oraz  emocje wzięły górę i  wszyscy bardzo szybko poszliśmy spać.

Drugi dzień naszego rejsu przywitał nas piękną i prawie bezwietrzna pogodą, co postanowiliśmy skrzętnie wykorzystać na  krótką wycieczką po Helu, zakończoną kąpielą w Bałtyku na pobliskiej naszej plaży.

Około południa wypłynęliśmy z portu . Na ten dzień były zaplanowane podstawowe manewry jachtem  pod żaglami i zajęcia z  nawigacji morskiej. Naszym  portem docelowym miała być Gdynia.

Mimo wypiętrzających się w oddali chmur,cały czas przez nas obserwowanych i omawianych przez kapitana, dzień robił się coraz bardziej gorący z bardzo słabymi podmuchami wiatru. Co nie ułatwiało sterowania jachtem. Czasami mieliśmy wrażenie że stoimy w miejscu, jednak nasz kapitan udowodniał nam z każdym ćwiczeniem manewrowym oraz nawigacyjnym, jak bardzo byliśmy w błędzie.  Ciekawym momentem była chwila, kiedy podczas kolejnego omawiania uformowanych w danym momencie chmur, a miało się ewidentnie na deszcz, nagle usłyszeliśmy głośny huk. Pierwsze skojarzenie: nadchodzi burza, jednak po dłuższej chwili nastąpiło ich kilka kolejnych w równych odstępach czasu. Dopiero po chwili usłyszeliśmy w  radiostacji, że tego dnia odbywały się na Zatoce manewry wojskowe i był to odgłos wystrzałów z dział statków marynarki wojennej. Niestety nie udało nam się tego zobaczyć, a tylko usłyszeć….

Dzień zleciał nie wiadomo kiedy, a my nieco zmęczeni ćwiczeniem manewrów, karmieni (na własne życzenie) fachową wiedzą opartą na długoletnim doświadczeniu kapitana oraz temperaturą utrzymującą się od rana w okolicach 25/26 stopni coraz bardziej myśleliśmy o jedzeniu i o zacumowaniu w porcie. Zapadła decyzja, że najpierw zacumujemy, a później zajmiemy się przygotowaniem jedzenia. Kierując jacht na główki portu w Gdyni dostrzegliśmy w oddali z naszej prawej burty sylwetkę wojskowego okrętu, która bardzo szybko zbliżała się do nas. Po kilku minutach, okręt był już na tyle blisko, że bez problemu widać było gołym okiem kręcące się po jego pokładzie osoby. Domyśliliśmy się, że okręt  wracała z ćwiczeń, które  odbywały się na Zatoce Gdańskiej. Zgodnie z panującym zwyczajem, zasalutowaliśmy im naszą banderą. Po czym całą naszą uwagę skupiliśmy na zbliżającym się porcie w Gdyni, wcześniejszym omówieniu tego, jak będziemy cumować i kto za co będzie odpowiadał. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy nie dostaliśmy zgodny na wejście do portu z powodu braku miejsc w porcie…

Jak się okazało po chwili- wynikało to z przygotowań do Targów Wiatr i Woda, które w tym roku odbywały się właśnie w tym porcie. Po uzyskaniu odmowy, i szybkiej analizie sytuacji i sił załogi, jako port awaryjny wybraliśmy  marinę jachtową- SOPOT. Jak się później okazało, potwierdziło się i druga ogólno znana sentencja: „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”, gdyż Marina Sopot okazała się bazą zawodników biorących udział w odbywającej się w tych dniach 11 edycji regat „SOPOT MATCH RACE 2014”, które akurat w tym roku uzyskały  rangę eliminacji do… Mistrzostw Świata na które zjechały najlepsze zawodowe ekipy żeglarskie świata. Profesjonalne sportowe jachty o liniach kadłuba wręcz kosmicznych, katamarany, jachty o szerokości kadłuba ponad 6metrów z dwoma kołami sterowymi, podświetlane od spodu…, jachty z bardzo wysokimi masztami, jachty pływające z logo  Ferrari, Hugo Boss, czy Audi na żaglach czyli wszystko to co dotychczas mogliśmy oglądać tylko w TV w zawodach takich rang jak „Sydney- Hobart”, czy „Volvo Ocean Race Edition” nagle stało się „dostępne” na przysłowiowe „wyciągnięcie reki”.  Fantastycznym uzupełnieniem tego wszystkiego wokół nas był wspólny nocny spacer po głównym deptaku w Sopocie, oraz uczestnictwo  w kinie letnim pod gołym rozgwieżdżonym  niebem zorganizowanym, tak jak w poprzednich latach, na sopockim molo.

Po powrocie na jacht długo jeszcze nie mogliśmy usnąć, bawiąc się świetnie w swoim towarzystwie co i rusz wymyślając gry i zabawy wymagające skupienia, myślenia i uwagi, oraz wzajemnie przepytując się ze wszystkich poznanych dotychczas informacji i zasad żeglarskich. Co po całym dniu żeglowania nie przychodziło nam łatwo.  Kolejną atrakcją (chyba jedną z większych-jak się później okazało w ostatecznym podsumowaniu rejsu) była ochoczo podjęta decyzja o spaniu na zewnętrznym pokładzie naszego jachtu. Głównym czynnikiem zachęcającym do tej decyzji była wysoka temperatura powietrza, utrzymująca się już drugi dzień z rzędu. Było tak gorąco, że mimo iż byliśmy „na wodzie” nie trzeba było się nawet przykrywać śpiworami. Ta niecodzienna okoliczność w połączeniu z  podziwianiem nad sobą rozgwieżdżonego niebo-wydawała się bardzo atrakcyjnym i sensownym pomysłem. Jej uzupełnieniem był odgłos szumiącego morza, uderzających metalicznym odgłosem szekli w aluminiowy maszt oraz piski mew szybujących nad nami. Miałem to szczęście, że udało mi się znaleźć miejsce na pokładzie.  Bo nie dla wszystkich starczyło, ale zgodnie umówiliśmy się, że ci którym się nie udało tego wieczoru mają zapewnione miejsca następnej nocy. Podsumuję to tak: wierzcie, że tej nocy  było tłoczno na pokładzie.

Trzeci dzień przywitał nas z rana zapachem szykowanego śniadania przez osoby z wcześniej ustalonej wachty, a także  jeszcze wyższą temperatura niż dzień wcześniej, bezchmurnym niebem i widokiem, który zapadł mi szczególnie w pamięć: lazur morza, jacht przy jachcie (każdy inny), sopockie drewniane molo(najdłuższe w Europie), a przy nim plaża mimo wczesnej pory- już dość zaludniona- osobiście nie obraziłbym się gdybym mógł mieć taki widok z okna na co dzień….

Po dłuższej chwili zachwytu i wykonaniu kilku zdjęć, przystąpiliśmy do pomocy w przygotowaniu śniadania oraz jego łapczywej  konsumpcji, a także ułożeniu wstępnego planu szkolenia i zwiedzania na cały dzień. Ustaliliśmy, że wypłyniemy ok. 12 ,a  do tego czasu mieliśmy „wolny czas”, który postanowiliśmy wykorzystać na kąpiel w morzu na wspomnianej powyżej sopockiej strzeżonej plaży, oraz ponowny spacer po deptaku w Sopocie- tym razem w ciągu dnia.

Po powrocie ze spaceru, przygotowaliśmy jacht do wyjścia w morze, za cel wybraliśmy sobie Marinę w centrum Gdańska. Tego dnia pogoda była chyba najpiękniejsza i najcieplejsza, utrzymując się cały czas na poziomie ponad 30 stopni i mimo że byliśmy na otwartej przestrzeni, na wodzie- gdzie zawsze wieje zdecydowanie bardziej niż na lądzie- w tym przypadku , w ogóle nie odczuwaliśmy na sobie żadnych podmuchów wiatru. Choć podczas minionych dni silnik przydawał nam się kilka razy to tego dnia stal się wręcz nieoceniony i  okazał się naszym wybawieniem.  Wobec braku wiatru i ogólnego zmęczenia fizycznego i, postanowiliśmy, że tego dnia będziemy pływać krócej, skupiając  się na zwiedzaniu Gdańska.  Jednak zanim do niego dopłynęliśmy czekała nas ponad godzinna podróż kanałem portowym, podczas której widzieliśmy chyba wszystkie sektory portu- od tych w których na co dzień cumują holowniki i straż graniczna, przez terminale kontenerowe i przeładunkowe, stocznie- w których stały ogromne statki, pirsy z hałdami piachu, przez hale stoczniowe z wysokimi dźwigami, do przepięknego nabrzeża z murami gdańskiej starówki nad którymi góruje jeden z symboli Gdańska- Żuraw.

I tego dnia chyba znów czuwał nad nami duszek naszego rejsu , bo na miejscu okazało się, że było tylko jedno wolne miejsce w marinie i to na jacht mniejszy niż nasz.

Jednak nasz kapitan znów wzbudził w nas zachwyt i szacunek dla swych umiejętności, wyczucia i zręczności w manewrowaniu jachtem, oraz doświadczenia- cumując  na tzw. Milimetry,  a wszystko przy temperaturze ponad 30 stopni ciepła i dużej jak na ta porę roku wilgotności powietrza.

Gdy tylko skończyliśmy sprawdzać stan cum i szpringów  po zakończonym cumowaniu, Gdańsk powitał nas krótkim aczkolwiek rzęsistym deszczem, nie przeszkodziło nam to jednak w żadnym stopniu w przygotowywaniu obiadu oraz słuchaniu opowieści i przygód naszego kapitana oraz ostatecznym podsumowaniu wszystkiego, czego się nauczyliśmy i dowiedzieliśmy podczas tego rejsu. Chętni zdobywali kolejne punkty wtajemniczenia w nawigacji morskiej, która po przejściu pewnego etapu zaczynała stawać się coraz bardziej zrozumiała i prosta.

Gdy deszcz ustał zdecydowaliśmy się na spacer po gdańskiej starówce. Dla mnie NIESTETY był to ostatni dzień rejsu i ostatnie chwile spędzone z naszą fantastyczną załogą, gdyż  różne sprawy  nie pozwalały zostać do końca rejsu czyli do południa dnia następnego.

Podsumowując muszę przyznać, że czas spędzony na rejsie zleciał mi nie wiadomo kiedy i choć były to zaledwie nie pełne trzy dni to właśnie one pokazały jak ważna jest współpraca w grupie, zaufanie do współzałogantów, doświadczony i „dostępny” kapitan-otwarty na każda propozycję, odpowiadający na każde pytanie. Gdy jest się na rejsie i nie ma w oddali lądu, rzeczy z powodu błahe i proste na lądzie, nabierają zupełnie innego wymiaru na morzu. W tym świecie chęć do pomocy drugiemu  i zaufanie do współzałoganta to podstawa. Bardzo żałuję, że były to tylko 3 dni, choć  z drugiej strony cieszę się bardzo, że aż trzy dni i nie zamieniłbym ich na nic innego, a wszystkim którzy zastanawiają się czy warto żeglować  odpowiadam- spróbujcie, a sami zobaczycie jak to jest.

Każdy port był zupełni inny i każdy inaczej zapisał się w naszej pamięci: Hel bo ten pierwszy i wpływaliśmy do niego w nocy, Sopot- bo kultowe miejsce, a do tego ten żeglarski światek z powodu regat Sopot Match Race, Gdańsk, bo historyczne miejsce, bo salutowaliśmy banderą przed pomnikiem Westerplatte, bo przepływaliśmy na „wyciagnięcie ręki” obok statków handlowych których tylko śruby napędowe były większe niż nasz cały jacht, bo od wejścia w główki portu do mariny jachtowej płynie się ponad godzinę….

Adam Baka